Blog filmowy: subiektywnie o filmach

Wpis

poniedziałek, 04 kwietnia 2011

Projekt: 100 najlepszych - 44. Little Miss Sunshine

Little Miss Sunshine

Rok produkcji: 2006

Reżyseria: Jonathan Dayton, Valerie Faris

Budżet: ok. 8 000 000 USD

 

"Mała Miss" to jeden z tych filmów, po które z własnej woli bym nie sięgnął. Na szczęście podjąłem się wyzwania obejrzenia filmów z rankingu KMF i po raz drugi już dzięki tej właśnie liście natrafiłem na film wyjątkowy. Podobnie jak w "Sideways", twórcy pochylają się nad zwykłym człowiekiem. Opowiadają o jego ambicjach, aspiracjach, sukcesach, porażkach, etc. Film jednocześnie bawi, smuci, wzrusza i poucza. I przyznam szczerze, dawno nie byłem w takim nastroju jak po obejrzeniu "Little Miss Sunshine".

 

 

Opowieść jest dość prosta. Sześć osób powiązanych bliżej lub dalej więzami rodzinnymi wyrusza do oddalonej o kilkaset mil Kaliforni, gdzie kilkuletnia Olivia będzie brać udział w zawodach piękności o tytuł Małej Miss. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że każdy z uczestników wycieczki niesie swój bagaż problemów, a przy tym ogólna sytuacja finansowa jest raczej mizerna. Nie zważając na przeciwieństwa rodzina Hooverów wsiada do częściowo sprawnego VW Busa i wyrusza na podbój stanu gubernatora Schwarzeneggera.

 

 

Całą historię stanowią jej bohaterowie. I co ciekawe, pomimo tego, że łączą ich wiezy rodzinne - są bardzo odmienni. Każdemu z nich można poświęcić co najmniej akapit, a na to nie mam ani miejsca, ani czasu (ani chyba też dostatecznych umiejętności). Dlatego pozwolę sobie skupić się tylko na podstawowym zarysie. Co ciekawe - pomimo, ze Sheryl jest łącznikiem wszystkich pozostałych postaci, to o niej samej nie potrafię zbyt wiele napisać. Stanowi chyba taką ostoję normalności w tym dość specyficznym towarzystwie. Za to mąż to już zupełnie inna bajka. Człowiek o bardzo sprecyzowanym systemie wartości. Uważa, że ludzie dzielą się na zwycięzców i przegranych (tylko). Jako urodzony zwycięzca opracował metodę 9 kroków do osiągnięcia sukcesu i próbuje je opublikować (naturalnie zakłada, że jego książka okaże się bestsellerem jak na zwycięzcę przystało).  Poznajemy też ojca Richarda - dziadka Edwina. Dość mocno zmęczony życiem, zgorzkniały, ratujący się ścieżkami heroiny. Ma za to fantastyczną relację z wnuczką i to w zasadzie on jest ojcem jej sukcesu w zawodach Małej Miss. A skoro już jestem przy tym, to muszę wspomniec właśnie o wnuczce - Olivii (wspaniała, dojrzała kreacja małej Abigail Breslin). Wygrywa ona nieco przypadkiem konkurs regionalny, który kwalifikuje ją do zawodów ogólnokrajowych. Jej gigantyczny entuzjazm i nieopisana radość powoduje, że cała rodzina postanawia wspierać ją w pogoni za marzeniem i stąd cała eskapada.

 

 

W wyprawie bierze udział również Dwayne - nastoletni brat Olivii. Tak bardzo typowy w swoich nastoletnich zachowaniach. Nienawidzi wszystkich, czytuje Nietschego, jest całkowicie wyalienowany i w dodatku - nie odzywa się. Ma natomiast jedno marzenie, któremu jest oddany całkowicie. Otóż pragnie się on dostać do akademii lotniczej. Trzyma się tego tak kurczowo, że postanawia dotrzymać ślubów milczenia aż do tej chwili, kiedy dane mu będzie rozpocząć upragnioną szkołę. Niestety jak zawsze - życie płata figle. A skoro o o tym, to ostatni już główny bohater - wujek Frank. Trochę się bałem o tę kreację. Steve Carell jest mi bardzo dobrze znany z "The Office". Obawiałem się zatem, że nie będę umiał odczytać go w innej roli, a w głowie będzie mi siedział cały czas Michael Scott. Na szczęście Carell wykazał się wielkim kunsztem i nic w "Little Miss Sunshine" nie nawiązywało do Dunder Mifflin Regional Manager. Ale wracając do Franka - jest to odratowany samobójca, homoseksualista i bardzo ceniony specjalista od prozy Prousta. Pasmo zawodów i niepowodzeń doprowadziło go do autodestrukcyjnej decyzji. Trafia więc pod opiekę siostry i mimowolnie uczestniczy w rodzinnym zamęcie związanym z konkursem córki. Jego obecność jest dość kłopotliwa. Zarówno dla niego samego (jest całkowicie zobojętniałym uczestnikiem i obserwatorem zachodzących wydarzeń) ale również dla rodziny.

 

 

Nie będę pisał jak kończy się cała historia. Powiem tylko, że docierają w końcu do upragnionego celu. Niemniej również tam spotykają ich bardzo dziwne okoliczności i bardzo nietypowy konkurs (w zasadzie to sprawa na odrębną dyskusję). Ale podsumowując - film jest niezwykle wartościowy. Para reżyserska serwuje nam emocjonalny mix. Mamy zarówno znakomite gagi (klakson i kontrola drogowa), jak i trochę przygnębiających momentów. Wraz z bohaterami przeżywamy ich porażki i sukcesy. A do tego świetnie skrojone dialogi (o samobójstwie Franka z malutką Olivią, lub rozmowa dziadka Edwina z Olivią na temat zwycięzców i nieudaczników). "Little Miss Sunshine" to wspaniałe kino o tym jak w trudnych chwilach być razem i gonić marzenia, mimo że niekoniecznie są tego warte.

 

 

Cytat na dziś:

"Olive: What are you guys talking about?"
"
Grandpa: Politics."

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
kozownicki
Czas publikacji:
poniedziałek, 04 kwietnia 2011 12:23

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość Młoda Koza napisał(a) z *.nat.umts.dynamic.eranet.pl komentarz datowany na 2011/04/07 19:07:30:

    Zrobiłeś mi smaka. Obejrzę ^-^

  • kozownicki napisał(a) komentarz datowany na 2011/04/10 17:42:54:

    Zdecydowanie warto.

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny