Blog filmowy: subiektywnie o filmach

Wpisy

  • piątek, 22 kwietnia 2011
    • Administracyjnie: Zmiana adresu bloga!

      Niestety zauważyłem, że zbyt duże ograniczenia techniczne portalu blox.pl, nieco mnie wstrzymują. Próba ze zmianą layoutu i dodaniu kilku elementów zakończyła się co prawda pomyślnie, ale z wieloma kompromisami. Dlatego też zmieniam platformę i serwer. Będę miał dostęp do całości kodu i plików na serwerze co znacznie ułatwi rozwijanie bloga.

       

      Nowy adres to: http://www.kozownicki.pl/blog/

       

      Stary blog pozostaje w stanie niezmienionym. Z czasem na nowej platofrmie uzupełnię wszystkie stare wpisy o okładki, zdjęcia, trailery i wszystkie pozostałe elementy. W tej chwili jest zaktualizowanych 10 ostatnich wpisów wraz z komentarzami.

       

      Konkurs z horrorami aktualnie odbywa się już na nowym serwerze i zachęcam do składania propozycji właśnie tam. Oczywiście wszystkie nowe komentarze, które pojawią się tutaj, zostaną też przeniesione na nowy blog.

       

      Nowa wersja naturalnie jest cały czas rozwijana i modyfikowana. Pojawią się oczywiście linki, integracja z  ukochanym Facebookiem i wszystkie pozostałe rzeczy, które były na starym (czyli tym) blogu.

       

      Będę bardzo wdzięczny za wszelkie sugestie co do nowej wersji.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Administracyjnie: Zmiana adresu bloga!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kozownicki
      Czas publikacji:
      piątek, 22 kwietnia 2011 21:36
  • czwartek, 21 kwietnia 2011
    • Filmy mojego dzieciństwa: Odc. 9 - Honey, I Shrunk the Kids / Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki

      W dzieciństwie uwielbiałem filmy przygodowe (w zasadzie nadal bardzo je lubię). Jednak co ciekawe, najwięcej emocji dostarczały mi nie te tytuły, w których bohaterowie szukali starożytnych artefaktów, czy też przemierzali dalekie galaktyki w poszukiwaniu nowych źródeł energii. Film, który bardzo mocno zapadł w mojej pamięci, rozgrywa się na obszarze kilkunastu metrów kwadratowych. Ale przygoda, której dostarcza ten skrawek ziemi jest dla mnie niezapomniana.

       

      Honey, I Shrunk the Kids

      Rok produkcji: 1998

      Reżyseria: Joe Johnston

      Budżet: Brak danych

       

       

      Storyline

       

      Historia opowiada o losach pewnej amerykańskiej rodziny. Jej głową jest naukowiec - Wayne Szalinski (Rick Moranis). Pracuje on nad urządzeniem pozwalającym zmniejszenie przedmiotów (materii) poprzez zagęszczenie molekuł (ponieważ w oryginalnym rozmiarze pomiędzy molekułami jest wolna przestrzeń). Urządzenie jednak nie działa poprawnie i zamiast zmniejszać przedmioty, powoduje ich eksplozję. I jak to zwykle bywa w drodze przypadku, pod nieobecność naukowca, "zmniejszacz" zaczyna działać. Niestety na celowniku znajduje się czworo dzieci (dwoje naukowca i dwoje sąsiada). Ulegają oni zmniejszeniu do mikroskopijnego rozmiaru (ok. 0,5 cm), po czym lądują w worku na śmieci za ogrodzeniem posiadłości Szalinskiego. Przed nimi 15m trawnika, które dzieciaki muszą pokonać. Jednak 15m dla półcentymetrowej istoty to kawał drogi.

       

       

      Wrażenia kiedyś

       

      Świat, który zobaczyłem w "Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki" był dla mnie niezwykle fascynujący. Zazdrościłem młodym bohaterom tej niesamowitej przygody i pewnie nie raz zasypiając marzyłem, żeby obudzić się w miniaturowym rozmiarze. Fascynowała mnie podróż wśród traw wielkości drzew, spanie w elemencie LEGO® i przede wszystkim - gigantyczne ciastko. Wszystko to było na VHS tak niesamowicie autentyczne, tak prawdziwe i tak namacalne (wszak postaci brudzą sobie buzie kremem z tego ciastka), że przez chwilę chyba byłem przekonany, że wydarzenia w filmie są możliwe. Jak to zazwyczaj bywa, nie interesował mnie ani wstęp (przed zmniejszeniem), ani też zakończenie przygody (po powiększeniu). Istotna dla mnie była ta godzina akcji, kiedy dzieciaki pozostawały zmniejszone. I była to jedna z największych przygód jakie miałem okazje w dzieciństwie przeżywać.

       

       

      Wrażenia dziś

       

      Film jest bardzo familijny. Jest w nim delikatny wątek rozpadającej się rodziny przez nadmierne zaaferowanie pracą (rozwiązany pomyślnie). I w zasadzie ten wątek jest tam wepchnięty na siłę, żeby można było jaki walor moralizujący z filmu uzyskać, ale tak naprawdę historia broni się sama, bez tych sentymentalnych bzdur. Na szczęście ten element nie jest na tyle rozwinięty, żeby przysłaniać to co w "Kochanie..." najważniejsze, a więc gigantyczne ciastka, kąpiel w płatkach owsianych i spacer po nosie psa. I w tym zakresie film jest naprawdę bardzo dobrze wykonany. Zdjęcia są bardzo sugestywne i z miejsca chyle czoła dla zbudowanej scenografii, w której mieli okazję pracować młodzi aktorzy. Oczywiście widać trochę niedociągnięć (bohaterowie nie jedzą ciastka, tylko trzymają okruchy w dłoniach). No i złapałem się na tym, że już nie potrafię z przymrużeniem oka oglądać takich historii. Bo przy konfrontacji mrówki i skorpiona, natychmiast zacząłem analizować proporcje obu zwierząt. Sprawdziłem nawet w jakich rozmiarach występują na ziemi skorpiony (od 13 cm do ponad metra) (i od razu druga ciekawostka - na naszej planecie są od ponad 400 000 000 lat). I tak jak przy okazji "Króla Lwa" żaliłem się, że jestem za stary na takie filmy, to tutaj jest niestety podobnie. Mimo tego ubawiłem się po pachy, a przy okazji odświeżyłem sobie jedną z moich największych przygód przed telewizorem.

       

       

      Niestety zwiastun bardzo niskiej jakości.

       

       

      -- Michał Kozownicki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kozownicki
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 kwietnia 2011 14:41
  • środa, 20 kwietnia 2011
    • Konkurs / Ankieta: Mój ulubiony przerażacz

       

      Marta zrobiła wpis na temat horrorów i zaraz mi przyszedł do głowy pomysł, żeby zapytać wszystkich nas odwiedzających o ich najpotworniejsze doświadczenia właśnie z tym gatunkiem. I nie chodzi mi o najgorszy film, ale najpotworniejsze monstrum, które nie pozwoliło wam w nocy spać. Jeżeli o mnie chodzi, to trudno mi się trochę zdecydować. Bo z jednej strony w koszmarach nawiedzał mnie Freddy (na szczęście nie z takim skutkiem jak w swoich filmach). Z drugiej zaś, wyłażąca z telewizora Samara spowodowała, że jeszcze do niedawna nieufnie spoglądałem w kineskop (na szczęście prawie wszędzie już są telewizory ciekłokrystaliczne). Jednak głos oddaję wam. Nie ma potrzeby uzasadniania (ale oczywiście można), wystarczy wpisać w komentarzach swojego ulubionego przerażacza. Ja po tygodniu zbiorę wyniki i przedstawię w formie kolorowego wykresu słupkowego.  Dla podniesienia atrakcyjności zrobię po wszystkim losowanie i jeden szczęśliwiec dostanie film na DVD.

       

       

      Update (21.04.2011)

       

      No i grono naszych ukochanych potworów zaczęło powoli rosnąć. Mamy już 9 sztuk.

       

      Scream Poltergeist Prince of Darkness

      Ring The Keep

      The Strangers Wrong Turn

       

      -- Michał Kozownicki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Konkurs / Ankieta: Mój ulubiony przerażacz”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kozownicki
      Czas publikacji:
      środa, 20 kwietnia 2011 15:43
    • Filmowo: 100 Feet / Domowe piekło

      100 Feet

      Rok produkcji: 2008

      Reżyseria: Eric Red

      Budżet: ok. 10 000 000 USD

       

      Dla odprężenia postanowiłam obejrzeć sobie jakiś uroczy, sympatyczny horrorek. Wybór padł na "100 Feet", przetłumaczone w Polsce jako "Domowe piekło". Dobra, tytuł nie był może zbyt wyszukany, ale miałam do wyboru też czytać teksty barokowe (jutro kolokwium, trzymacie kciuki!), więc... z dwojga złego... :)

       

       

      Zarys fabularny filmu nie jest najgorszy. Marnie Watson (Famke Janssen) zabiła swojego męża, który przez długie lata ją maltretował. Cóż zrobić. Zabiła i już, więc musi iść do więzienia. Spotykamy ją, kiedy zostaje przeniesiona z więzienia do własnego domu, gdzie ma przebywać zamknięta jeszcze przez rok. Charyzmatyczny policjant, były partner męża-denata, uprzejmie ją o tym informuje, po czym wychodzi, zostawiając bohaterkę własnym myślom.

       

      W tym momencie przypominamy sobie, że jest to horror. Mamy trupa, mamy ponure, odizolowane miejsce i mamy ładną, acz niezbyt inteligentną bohaterkę. Można sobie zrobić ładny schemacik taniego horroru, przejechać po nim palcem po tym, co już mamy i docieramy do kolejnej stacji: coś się musi wydarzyć w tym strasznym, ogromniastym domu (Oni tam mieszkali tylko we dwoje? Przecież ten dom ma z milion pokoi!) - pytanie tylko; co? A więc wydarza się nawiedzenie! Nawiedzenie przez nieco poirytowanego faktem własnej śmierci Pana Trupa. Pan Trup w tym filmie w ogóle jest mistrzem, jeśli chodzi o prawa fizyki, ale o tym później. Tak, wydarza się nawiedzenie. Oczywiście bohaterka sama sobie nie wierzy, nawet jak rozwalają jej się szyby w kredensie to woli ze wszystkim poradzić sobie sama - taka z niej niezależna kobieta, choć pozwalała się tłuc mężowi przez ładnych kilka lat.

       

       

      Cóż jest dalej w naszym ładnym wykresie? Och, wątek romansowy. No tak, ale co tu zrobić, jeśli bohaterka jest morderczynią, a dotychczas jedyni przewijający się mężczyźni to Pan Trup i Pan Zły Policjant? Wprowadzamy kogoś nowego! Tak oto poznajemy miłego chłopca - dostawcę żywności, Joego. Joe ma z siedemnaście lat i wpada w oko naszej niezależnej bohaterce. Chemia między nimi rośnie... a to wszystko obserwuje Pan Trup!

       

      Pan Trup jest zły, robi krzywdę bohaterce, więc trzeba się go pozbyć. Marnie z podręcznika "jak pozbyć się ducha?" dowiaduje się, że musi wywalić wszystkie rzeczy należące do małżonka, zrobić małą zadymę i "stanowczo poprosić go, aby się ulotnił"... nie mam pojęcia, czy mam opisywać fabułę dalej, bo jak wiadomo z wykresu - muszą nastąpić komplikacje a później plan ma się nie udać, ale oczywiście happy end must be!

       

       

      Jestem poirytowana faktem, że reżyser ma widza za idiotę. Wkurzały mnie sceny pozbawione jakiejkolwiek logiki - jak na przykład, dlaczego raz duch może dostać "z buta w mordę", a następnym razem kij bejsbolowy przez niego przenika? Dlaczego obrączka bohaterki była według ducha czymś, co należało do niego, przez co nie można go było wywalić? (patrząc na to, można by stwierdzić, że łóżko też trzeba wywalić, bo w końcu spał na nim przez kilka lat i połowa była jego, tak jak zresztą większość przedmiotów w mieszkaniu) - pominę milczeniem również inteligentne rozwiązanie "Seks dobry na wszystko - nawet na ducha" oraz konsekwencje tego wszystkiego (kochamy powykręcane ciała i wybite żuchwy!)

       

       

      Ten film był zły. Naprawdę. To była nędzna namiastka horroru, gorsza nawet od popularnych ostatnio filmów z perspektywy kamery subiektywnej. Nie widzę żadnej zalety tego filmu, niektórzy na forum wypowiadają się o dobrej grze pani Famke, ale według mnie nie w ten sposób zachowuje się maltretowana morderczyni.

       

      Poza tym - nic. Zero. To straszne, że można stworzyć tak zły film!

       

       

      -- Mała Koza

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Filmowo: 100 Feet / Domowe piekło”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kozownicki
      Czas publikacji:
      środa, 20 kwietnia 2011 08:30
  • wtorek, 19 kwietnia 2011
    • Projekt: 100 najlepszych - 42. Zodiac

      Zodiac

      Rok produkcji: 2007

      Reżyseria: David Fincher

      Budżet: ok. 65 000 000 USD

       

      "Zodiac" widziałem już jakiś czas temu. Zapamiętałem film jako "oparty o autentyczne wydarzenia kryminał". I to w zasadzie tyle. Nie skojarzyłem z filmem żadnych emocji, zatem chyba nie zrobił większego wrażenia. Po ostatnim seansie zastanawiałem się dlaczego. Co więcej - zastanawiałem się czy w ogóle widziałem kiedyś ten film do końca. Każda scena z drugiego kontaktu z filmem Finchera była dla mnie nowa, każda postać była całkowitą zagadką, a samo rozwiązanie było wielce zaskakujące. I chyba wymyśliłem, przynajmniej z mojego punktu widzenia.

       

       

      Film jest długi (157 minut) i dość zawiły. Zmienia się w nim punkt widzenia, zmieniają się główni bohaterowie, zmieniają się główni podejrzani. Dodatkowo to wszystko rozciąga się w czasie. Nie tylko w kinowych niemal trzech godzinach, ale także w samej akcji - całość historii trwa 22 lata. I to chyba główna przyczyna tego pierwszego, niezbyt piorunującego, wrażenia. "Zodiac" to film nie-na-raz i oglądać-z-dużą-uwagą. Wszystko zaczyna się w 69 roku, kiedy anonimowy jeszcze sprawca zabija parę nastolatków w samochodzie na jakimś parkingu. Następnie sam zgłasza to przestępstwo (nadal anonimowo), a następnie wysyła do trzech dużych redakcji list oraz fragment zaszyfrowanej wiadomości. Nakazuje gazetom wydrukować swój list pod groźbą popełnienia kolejnych morderstw. Na tym etapie mamy dwóch bohaterów. Młodego rysownika imieniem Robert pracującego w gazecie od 9 miesięcy (Jake Gyllenhaal) oraz nieco ekscentrycznego, ale też bardzo doświadczonego dziennikarza Paula (Robert Downey Jr.). Obaj panowie bardzo interesują się zodiakalną sprawą. Z tym, że ten pierwszy niestety może tylko obserwować poczynania kolegi i jest to zabieg o tyle ciekawy, że widz również spogląda jak gdyby przez ramię na akta prowadzonej sprawy. Sprawa się rozwija i nabiera tempa. Zodiak jest coraz odważniejszy, nawiązuje komunikację ze światem i zaczyna urastać do rangi zjawiska. Oczywiście zjawiska terroryzującego miasto i rzucającego na mieszkańców blady strach.

       

       

      Wszystko to do momentu kiedy zabija kolejną ofiarę. Opuszczamy wtedy nieco Gyllenhaala i wskakujemy na ramię nowego bohatera - Inspektora Davida Toschi'ego (Mark Ruffalo). Jako, że jest to policjant, zaczynamy sprawę poznawać nieco bliżej. Nieco dokładniej. Poznajemy ją od policyjnego zaplecza, ze wszystkimi fałszywymi donosami, z poszlakami i wariatami podającymi się za mordercę. Widzimy też, jak działania prasy mogą spustoszyć naszą dotychczasową pracę (dla mnie był to naprawdę ciekawy zabieg zmiany perspektywy). Śledztwo z biegiem czasu staje się coraz trudniejsze, a główni podejrzani są eliminowani w testach grafologicznych lub poprzez niezgodność odcisków palców. Inspektor Toschi pozostaje sam ze sprawą i niestety wypala się poświęcając kolejne lata swojego życia na nieuchwytnego zabójcę. Wtedy do gry wraca Dawid Graysmith (ten rysownik). Widząc bezradność policji oraz zmarnowane życie kolegi z pracy (który stał się celem maniaka) podejmuje się wyzwania napisania książki. Rozpoczyna śledztwo od nowa. Znajduje nowe informacje, dochodzi do podobnych wniosków, ale uzupełnionych dodatkowymi faktami. Poświęca się sprawie coraz bardziej wpadając w obsesję. Zatracając się w tajemnicy nierozwikłanych morderstw zostaje sam.

       

       

      Jak już wspomniałem, jest to film wielowątkowy i bardzo rozciągnięty w czasie. Widz jest trochę wodzony za nos. Dostajemy mnóstwo wskazówek na temat tożsamości potencjalnego mordercy, a po chwili to wszystko jest nam odebrane jednym faktem dyskwalifikującym poszlaki. I ten zabieg w stosunku do jednego podejrzanego jest wykonany kilkukrotnie. I niby jesteśmy (jako widzowie) pewni, że to ten właśnie facet. Ale po chwili dostajemy scenę, w której Graysmith ląduje w piwnicy. I znów nic nie jest jasne. Nie wiem czy to był cel, ale wydaje mi się, że trochę mi pogrożono palcem, żebym nie wydawał osądów na podstawie podejrzeń. Samo rozwiązanie oczywiście obala tą tezę, ale mimo wszystko - nauka nie poszła w las. Ale wracając do tematu, poprzez tak wiele zwrotów akcji, tak wiele perspektyw i jednocześnie przez niemiłosierne rozwleczenie w czasie (i nagraniowym, i scenariuszowym) dostajemy znakomitą, bardzo autentyczną narrację. Niemal czujemy ten próżny wysiłek każdego, kto podjął się rozwikłania tajemnicy morderstw Zodiaka. Wszystko to jest oprawione znakomitymi zdjęciami (ujęcie z góry jadącego samochodu wywołuje automatyczne skojarzenia z GTA). Świetnie też są oddane realia lat 70-tych. Aktorzy stają na wysokości zadania. Gyllenhaal i Ruffalo są bardzo autentyczni w swoich rolach. Downey Jr. jak na ekscentryka trochę stoi w cienu. Z kolei podejrzany (nie pomnę nazwiska) jest dobrany idealnie, a pierwsze spotkanie z nim, w obskurnej stołówce w fabryce, kiedy ma na sobie roboczy kobinezon, od razu wywołuje zimny dreszcz na plecach. Przyznam szczerze, że po pierwszym, niezbyt zapadającym w pamięć seansie, miło jest wrócić do filmu, który okazuje się jednym z najlepszych kryminałów jakie dane mi było obejrzeć.

       

       

      PS. Dla wzmocnienia odbioru, proponuję przed seansem pokrótce zapoznać się z prawdziwą historią.

       

      Cytat na dziś:

      "It's very real. How do I know? Because I saw it on TV."

       

       

      -- Michał Kozownicki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Projekt: 100 najlepszych - 42. Zodiac”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kozownicki
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 kwietnia 2011 13:51
  • piątek, 15 kwietnia 2011
    • Filmowo: Tropic Thunder / Jaja w tropikach

      Tropic Thunder

      Rok produkcji: 2008

      Reżyseria: Ben Stiller

      Budżet: 92 000 000 USD

       

      Ben Stiller jest dla mnie mistrzem komedii. Opanował tę sztukę do takiej perfekcji, że na dobrą sprawę samo pokazanie jego gęby na ekranie, już skutkuje uniesieniem kącików ust. Nie inaczej jest w "Jajach w tropikach" (uwielbiam te polskie wersje tytułów). Tutaj Stiller zebrał sobie grono wielkich aktorów i postanowił zrobić pastisz wojennego kina akcji. Ale to nie jest produkcja z przymrużeniem oka. Film jest zrobiony z takim rozmachem i przy takim budżecie, że tytuły które komik prześmiewa, mogą pozazdrościć zdjęć, montażu i efektów specjalnych.

       

       

      Ale od początku. Seans rozpoczyna się kilkoma fikcyjnymi zwiastunami. I już te właśnie fragmenty wymyślonych produkcji dają nam namiastkę tego co będziemy oglądać. "Zaułek Szatana" jest przygotowany tak precyzyjnie i z takim namaszczeniem, że aż trudno uwierzyć, że nie zadano sobie trudu wyprodukowania tego tytułu. Dalej jest jeszcze lepiej. Stiller zabiera widza do wietnamskiej dżungli, gdzie prezentuje nam kulisy najdroższej i największej produkcji wojennej wszechczasów. Oczywiście w związku z tym, że w filmie grają gwiazdy, to i reżyser nie panuje nad planem. Nic nie jest zrobione w terminie, a producent dostaje białej gorączki z powodu znikających w próżni United States Dollars. W akcie desperacji reżyser zabiera swoją ekipę gwiazd prosto do dżungli. Bez wygód, bez nagrywarek DVD i truskawek z szampanem. Pięciu aktorów, ubranych w amerykańskie mundury i uzbrojonych w sztuczne karabiny musi przemierzyć nieprzyjazne terytorium. Wszystko to ma być rejestrowane przez skrzętnie ukryte kamery. Reżyser znika w wielkim stylu, a aktorzy pozostają na naturalnym planie filmowym sami.

       

       

      Do głównych ról w fikcyjnym filmie zaangażowane są największe fikcyjne gwiazdy Hollywood. Sam Stiller wciela się w rolę Tugga Speedmana (gwiazdę serii filmów o "Spopielaczu", sześciokrotnie ratującym ziemię przed rozmaitymi kataklizmami), jest też znakomity Jack Black w roli Jeffa Portnoya (rozpuszczona, w ciągłym transie narkotykowym gwiazda filmów o pierdzeniu rodzinie), no i Robert Downey Jr. jako Kirk Lazarus (niezwykle utalentowany aktor oddający się roli do granic możliwości - łącznie ze zmianą koloru skóry). Oczywiście to nie wszyscy, którzy dopełniają tą niebywale wysokobudżetową produkcję. Stiller w rolach drugoplanowych obsadził między innymi Matthew McConughey, Nicka Nolte i na deser Toma Cruise'a (i to jest niebywała rola). Mamy więc gwiazdy, mamy wielki budżet, mamy świetne zdjęcia (naprawdę niebywałe i dzięki Ci rozwoju technologii za HD) i sporo akcji. Ale to nadal komedia i najważniejsze pytanie brzmi - czy było śmiesznie?

       

       

      Ano było. Wyraz twarzy Stillera jest nie do podrobienia. Wszystkie te numery a'la Rambo (na przykład strzelanie z M16 z przyklęku, z jednej ręki, podczas gdy druga wykonuje teatralny gest) wywołuje niekontrolowane cieszenie pyska. W dodatku natłok zbiegów okoliczności, które powodują że pojawiający się wietnamscy producenci narkotyków uznają naszych bohaterów za prawdziwy oddział specjalny, nadaje filmowi bardzo finezyjny charakter. Dzięki temu, nie jest on tylko serią mało angażujących gagów. Historia bohaterów i ich osobowość wpływa na rozwój wypadków. Postaci żyją z otoczeniem i oddziałują również wzajemnie na siebie. Poziom chwilami niestety spada i zdarzają się momenty słabsze, jednak po chwili wszystko wraca do normy i znów zbijamy boki.

       

       

      Czy film jest pastiszem sposobu kręcenia wysokobudżetowych filmów? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że Stiller zrobił karykaturę bardzo bogatych i bardzo ekscentrycznych gwiazd Hollywood. Wyciągnął te prawdziwe emocje zza kreowanych przez media i same filmy posągów. Pokazał, że wielkie gwiazdy to też ludzie, którzy mają własny charakter i własne emocje. Są naturalnie mniej lub bardziej zepsuci. Często w twardym gwiazdorze "Pussy Hip-Hop'u" znajduje się emocjonalny facet zakochany w swoim przyjacielu, a w skórze aktora kina familijnego o pierdzeniu rodzinie siedzi cham i narkoman. Może Stiller miał taką intencję, żeby aktorów nie oceniać przez pryzmat ról, które podejmują? A może po prostu chcieli zrobić rozpierduchę w Wietnamie... Niezależnie od intencji to drugie wyszło im znakomicie. Dla mnie bomba.

       

      Dzisiejszym cytatem jest taniec zwycięstwa w wykonaniu Toma Cruise'a.

       

       

      -- Michał Kozownicki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Filmowo: Tropic Thunder / Jaja w tropikach”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kozownicki
      Czas publikacji:
      piątek, 15 kwietnia 2011 11:58
  • wtorek, 12 kwietnia 2011
    • Filmowo: Snow Cake / Śniegowe ciastko

      Dzisiaj tekst mojej siostry, która mam nadzieję dołączy do bloga na dłużej.

       

      Snow Cake

      Rok produkcji: 2006

      Reżyseria: Marc Evans

      Budżet: Brak danych

       

      Jako początkująca pani logopeda mam ostatnio dziwną fazę na oglądanie filmów dotyczących mojego przyszłego zawodu. Gdy na pytanie "o czym jest ten film?" powiedziano mi "o autystycznej kobiecie", od razu wyobrażałam sobie film bardzo logopedyczny, bardzo terapeutyczny, z lekarzami i klinikami oraz z próbą skontaktowania ze światem rzeczywistym główną bohaterkę filmu. Całe szczęście - myliłam się.

       

       

      "Śniegowe ciastko" to film o przyjaźni. O przyjaźni tajemniczego, skrywającego mroczną przeszłość (haha, jak to brzmi!) Aleksa - w tej roli GENIALNY Alan Rickman, i cierpiącej na autyzm Lindy (Sigourney Weaver). To też film o tolerowaniu odmienności, jakakolwiek by ona była.

       

      Ale od początku, od początku. Alex Hughes przypadkowo poznaje Vivienne - dziewczynę ciekawą świata, odważną i wesołą. Jako że mężczyzna nie jest typem towarzyskim, zbywa ją kilkoma słowami. Chwilę potem widzi ją znów, stojącą przy drodze z napisem "Wawa". Po krótkim namyśle zgadza się zabrać autostopowiczkę, a ona sama po jakimś czasie sprawia, że Alex ma niesamowitą ochotę w końcu rozpocząć rozmowę...

       

       

      ... która niestety nigdy nie będzie miała miejsca. Paskudny wypadek samochodowy pozbawia życia młodą Vivienne, a Alex czuje się zobowiązany, by skontaktować się w jakiś sposób z matką dziewczyny i wyjaśnić to przykre zdarzenie ze swojego punktu widzenia. Trafia do Wawy, rodzinnego miasta Vivienne i znajduje jej dom, spotykając przy tym jej autystyczną matkę - Lindę.

       

      Krótki pobyt w domu Lindy, próba skontaktowania się z nią, w końcu zrozumienie jej świata całkowicie zmieniają postrzeganie świata Aleksa. Pozostałe postaci pojawiające się w filmie są również bardzo dobrze skonstruowane, jak Maggie czy kierowca ciężarówki, którego później zjadają wyrzuty sumienia. Oczywiście najwięcej czasu poświęcono Aleksowi. Postać jest bardzo złożona, przechodzi powolną metamorfozę, a Alan Rickman jest po prostu idealny do tej roli.

       

       

      Relacja Alex-Linda jest naprawdę urocza, z uśmiechem obserwuje się daremne próby zrozumienia Lindy przez bohatera. Obie postaci są tak bardzo odmienne, że świetnie się uzupełniają. Również aktorsko widać bardzo dobre dopasowanie postaci. Między nimi czuje się większą chemię niż między Aleksem a Maggie, wykreowaną początkowo na "tą złą" (całe szczęście tak nie jest).

       

      O kwestii technicznej nie umiem się wypowiedzieć, to całkowicie nie moja działka. Nic w filmie nie gryzie, nie zauważyłam bardzo złych ujęć czy dłużących się kadrów.

       

       

      Film ogląda się sympatycznie i ładnie pada sobie śnieg. Na ogromny plus zasługuje także ścieżka dźwiękowa i, och, och, Stereophonics śpiewane przez profesora Snape'a :D

       

      Obraz jest naprawdę wart obejrzenia, jest bardzo sympatyczny i nie należy uciekać od niego "bo ja nie lubię filmów o autystykach". Właściwie postać Sigourney Weaver nie jest w tym filmie aż tak istotna, oczywiście, jest ona przyczyną wewnętrznej zmiany Aleksa i tak dalej, ale dla mnie Linda była po prostu dziwną, introwertyczną babką, niekoniecznie autystyczną - spełniała niewiele "warunków" autyzmu. Mnie to troszkę przeszkadzało, zwłaszcza, jeśli film porówna się z "Rain Manem", gdzie Dustin Hoffman gra autystyka wręcz bezbłędnie!

       

      Film więc polecić można z kilku powodów: ciekawego wątku głównego, barwnych postaci, muzyki (Stereophonics!) i samego Alana Rickmana oczywiście. :)

       

       

      -- Mała Koza

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Filmowo: Snow Cake / Śniegowe ciastko”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kozownicki
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 kwietnia 2011 13:11
  • niedziela, 10 kwietnia 2011
    • Filmy mojego dzieciństwa: Odc. 8 - Lion King / Król Lew

      Lion King

      Rok produkcji: 1994

      Reżyseria: Roger Allers, Rob Minkoff

      Budżet: ok. 79 000 000 USD

       

      W cyklu "Filmy mojego dzieciństwa" nie może zabraknąć produkcji animowanych. A skoro mam napisać o produkcji animowanej, to musi to być "Król Lew". Nic więcej pisać nie trzeba. Film, który zarobił ponad 3/4 miliarda dolarów znają wszyscy.

       

       

      Storyline

      Jest to film dla dzieci, więc i historia jest tak napisana. Bohaterem naszego opowiadania jest młody lwi książę - Simba. W wyniku intrygi usnutej przez stryja Simby - Skazy, ginie aktualny król - Mufasa. Skaza manipuluje młodym księciem i ten uznaje siebie za winnego śmierci ojca. Ucieka więc ze swoich rodzinnych terenów, pozostawiając tron bez następcy. Skaza zostaje samozwańczym królem i z pomocą hien rozpoczyna władanie lwimi ziemiami. Ucieczka Simby przez pustynię okazałaby się tragiczna, gdyby nie pomoc surykatki i guźca - Timona i Pumby. Ratują go przed pewną śmiercią co kończy się wielką przyjaźnią. I tak sielankowo spędzają czas, śpiewając beztrosko "Hakuna Matata!". Wszystko to do czasu, kiedy ich oazę odnajduje Nala - przyjaciółka Simby z dzieciństwa. Wracają wówczas wszystkie demony przeszłości, a Simba musi się z nimi zmierzyć.

       

       

      Wrażenia kiedyś

       

      Kiedy "Król Lew" pojawił się polskich kinach miałem 13 lat. Nie pamiętam zbyt wiele z tego okresu. Natomiast zdecydowanie zapisał się w mojej pamięci wyraz twarzy Simby kiedy zauważa biegnące po zboczu antylopy. Zdecydowanie utkwiło też spojrzenie Skazy kiedy zrzuca swojego brata pod pędzące stado. Trzynastolatek bardzo łatwo poddaje się takim emocjom i ryczałem jak bóbr. Za każdym razem. Za każdym.

       

       

      Wrażenia dziś

       

      Wczoraj też ryczałem. Disney zrobił coś niewiarygodnego. Emocjonalność tego fragmentu jest niebywała. Podobnie jak w "Up!". Myślę, że tymi dwiema scenami można badać uczuciowość i empatię (jako alternatywa do badań psychologicznych). Ale z "Królem Lwem" mam też problem. Zawsze mi się wydawało, że historia była bardzo złożona. Tak to zapamiętałem. Losy królewskiej rodziny były dla mnie zawiłe niczym intrygi bohaterów "Niebezpiecznych związków". A tymczasem wczoraj jakoś tak mi się spłyciła tak historia. Simba zmanipulowany przez Skazę uznaje siebie za winnego śmierci ojca i ucieka z rodzinnych terenów. Odnajdują go półmartwego - Timon i Pumba. Jedzą razem robale i śpiewają. Zupełnym przypadkiem odnajduje ich Nala. Wszyscy razem wracają, pokonują Skazę i żyją długo i szczęśliwie (aż do sequela). Wiem, wiem - film dla dzieci. Ale w pamięci miałem wielką przyjaźń między trójką w robaczej oazie. Pamiętałem też uknuty skrzętnie plan obalenia Mufasy przez Skazę. A to wszystko zamknięte jest w pojedynczych piosenkach. Hmm... zestarzałem się. Oczekuję od "Króla Lwa" intrygi na poziomie "Ghost Writer".

       

       

      Podsumowanie

       

      Jeżeli chodzi o przemycanie wartości to "Król Lew" nadaje się idealnie. Mamy młodego, naiwnego i głupiego jeszcze młodego księcia. Pomimo ostrzeżeń ojca, musi przekonać się na własnej skórze co kryje się pod każdym kamieniem. I naturalnie, boleśnie przekonuje się, że ojciec miał rację. Chyba wyraźniej nie da się pokazać palcem, że należy słuchać rodziców. I tutaj twórcy idą jeszcze dalej - wręcz grożą tym wstrząśniętym dzieciom, że takie nieusłuchanie może być fatalne w skutkach. Jest jeszcze jedna rzecz - mamy tu niesamowity autorytet ojca. Mufasa jest po prostu "przeojcem". Z jednej strony surowy, z drugiej bardzo czuły. Tym bardziej dotkliwa jest jego strata. I tym większą wagę mają jego rady płynące prosto z gwiazd (tych gorących kul płonącego gazu). Zatem utożsamienie siebie z młodym lwiątkiem, a własnego taty z Mufasą, nasuwa się samo. I za to - wielkie brawa. Kupiłem to wtedy - kupuję i teraz.

       

      Cytat na dziś:

      „Niech żyje król!”

       

       

      -- Michał Kozownicki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Filmy mojego dzieciństwa: Odc. 8 - Lion King / Król Lew”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kozownicki
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 kwietnia 2011 21:21
    • Filmowo: Evan Almighty / Evan Wszechmogący

      Evan Almighty

      Rok produkcji: 2007

      Reżyseria: Tom Shadyac

      Budżet: ok. 175 000 000 USD

       

      Michaela Scotta Evana Baxtera (a w zasadzie Steve'a Carella) zobaczyłem pierwszy raz w "Bruce Almighty". Tam miał jedynie epizodyczną rolę, ale sposób w jaki zaprezentował wiadomości będąc pod kontrolą tytułowego Bruce'a, po prostu rzucił mnie na kolana. Dość długo byłem przekonany, że Steve Carell na zawsze już pozostanie aktorem tła i będzie miał swoje 10 minutowe epizody. Kiedy pojawił się "Evan..." byłem przekonany, że to kolejny słaby sequel czerpiący z sukcesu produkcji z Jimem Carrey'em. I tak też za pierwszym razem ten film odebrałem. Wczoraj, korzystając z dobrodziejstwa TVN mogłem obejrzeć Steve'a Carella ponownie w akcji.

       

       

      Tak to już jest, że jak coś jest bardzo popularne, to zmienia się nasza percepcja tego czegoś. To jak z batonem "Snickers" i jego odpowiednikiem w sieciach LIDL - "Mister Choc - Cośtam Cośtam". W zasadzie to ten sam produkt, inaczej nazwany, z innymi nakładami na reklamę. Naturalnie "Snickers" jest smaczniejszy, bo i skojarzenia wywołuje lepsze - te z zabawną babcinką grającą w football i wpadającą w błoto. A "Mister Choc", cóż - to przecież produkt zastępczy. Swoją drogą - od dłuższego czasu chodzi mi po głowie porównanie tych dwóch batonów (może początek nowej serii, bardziej spożywczej niż filmowej). Ale to temat na inny post.

       

       

      Wracając do Evana Baxtera, a w zasadzie filmu o nim. Historia jest dość prosta. Nasz bohater nie jest już prezenterem wiadomości - zostaje kongresmenem. Zanim udaje mu się czegokolwiek dokonać w nowej roli, odwiedza go Bóg. Odwiedza go i nakazuje zbudowanie arki. Evan naturalnie nie wierzy w prawdziwość ani postawionego przed nim zadania, ani też w samego Stwórcę. Jednak nadchodzące wydarzenia sprawiają, że kongresmen podejmuje działania, które zaskakują nawet jego samego.

       

       

      Film to książkowy przykład kina familijnego. Idealny tytuł na niedzielny seans całą rodziną. W zasadzie jest to bardzo luźna adaptacja Biblii. Zrobiona z niesamowitym jajem i znakomitym poczuciem humoru. Dodatkowo, jako że nie jest to dokładnie sequel, ponieważ zmienia nam się główny bohater, nie czujemy już wyeksploatowania postaci. Poznajemy ją w zasadzie od początku i wszystkie jej działania są dla nas nowe. I w zasadzie sprowadza się to do sedna, czyli właśnie do głównego bohatera.

       

       

      Steve Carell nie jest już dla mnie aktorem drugiego planu. To genialny komik, który wcielił się w rolę menedżera regionalnego Michaela Scotta w sposób niebywale zabawny, a przy tym również szczery i autentyczny. Tą rolą kupił mnie w całości i jestem niemal uzależniony od każdego epizodu The Office (w trakcie pisania tego tekstu na ekranie mojego telewizora wyświetlany jest drugi sezon). Dlaczego piszę o innym filmie? Bo jest trochę podobnie jak z wspomnianymi batonami. Czy gdybym nie znał Carella z tej znakomitej kreacji, to czy "Evan Wszechmogący" również by się obronił? Bo w tej chwili uważam, że to znakomita komedia rodzinna. Przemyca uniwersalne wartości w sposób bardzo zabawny. Film jest zupełnie łagodny, nie ma w nim nienawiści i przemocy, a jednocześnie mamy bardzo wyraźne rozróżnienie dobra i zła. Zatem kino bardzo dobre w swoim gatunku. Ale czy obroniłoby się bez moich doświadczeń z Carellem w roli Scotta? Czy "Snickers" byłby taki dobry gdyby nie babcinka wpadająca w błoto?

       

      Cytat na dziś:

      „Motherf... ather, sister, brother!”

       

       

      -- Michał Kozownicki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kozownicki
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 kwietnia 2011 17:39
    • Filmowo: Nosferatu, eine Symphonie des Grauens / Nosferatu - symfonia grozy

      Nosferatu, eine Symphonie des Grauens

      Rok produkcji: 1922

      Reżyseria: F. W. Murnau

      Budżet: Brak danych

       

      To moje drugie podejście do filmów z początku ubiegłego stulecia. Po doświadczeniach z "Gabinetem doktora Caligari" oczekiwałem od kolejnych tytułów bardzo wiele. Zwłaszcza tak znanych jak "Nosferatu". Niestety produkcja o wampirze nie jest już tak porywająca, co wcale nie oznacza że jest to film słaby.

       

      Scenariusz oparty jest o powieść Brama Stokera (a więc każdy kto widział produkcje "Dracula" z 1992 roku wie o co chodzi). Młody agent nieruchomości nazwiskiem Hutter, zostaje wysłany do Transylwanii, gdzie ma sfinalizować sprzedaż posiadłości umiejscowionej w Bremie. Nabywcą jest hrabia Orlok - ekscentryk zamieszkujący stary zamek (w tej roli Max Schreck). Główny bohater wyrusza w podróż, pozostawiając w swoim mieście ukochaną. Fotografia dziewczyny wpada w ręce potwornego hrabiego. Decyduje się więc na zakup, który umożliwi mu zbliżenie się do pięknej Ellen. Rozpoczyna się makabryczna podróż wampira do ojczyzny Huttera.

       

       

      Nie da się ukryć, że kreacja Schrecka jest niezapomniana. Charakterystyczna "uroda" aktora, nietypowa charakteryzacja (goblinie uszy) i wyrazista ekspresja stworzyła jednego z najbardziej rozpoznawalnych wampirów. Nie znam nikogo, kto by nie poznał Nosferatu, nawet jeśli nigdy nie widział filmu. Co więcej - inspiracji jakiej dostarczył pierwszy filmowy wampir nie sposób się nie docenić. Kilka dni po seansie przypomniał mi się bardzo stary klip muzyczny niemieckiego zespołu Farin Urlaub - Sumisu.

       

       

      Jako, że jest to film bardzo stary, to i miejscami niestety śmieszny. Sceny, w których tytułowy potwór sam niesie swoją trumnę wyglądają dość groteskowo. Choć z drugiej strony koncepcje "efektów specjalnych" są naprawdę imponujące. Mamy nałożone dwie klatki, gdzie Nosferatu występuje jako "zjawa". Mamy drzwi i bramy, które same się otwierają, a w nich pojawia się "dziecię nocy". No i przede wszystkim - scena, w której Nosferatu podnosi się w trumnie. Pełne 90 stopni, od leżenia do pionu - imponujące, zwłaszcza w 1922 roku.

       

       

      Pomimo tych śmiesznostek film ma bardzo ciężką atmosferę. Sam wygląd hrabiego jest przerażający. Sceny w których się pojawia - czy to prowadząc dialog, czy skradając się po schodach, czy też przechadzając się ulicami Bremy z trumną pod pachą (pomimo śmieszności) - powodują chłodny dreszcz na karku. Pozostali aktorzy nie zostają w tyle. Szpital psychiatryczny, w którym zamknięty jest przełożony głównego bohatera i jego szaleństwo są bardzo sugestywne i prawdziwe. Również strach Huttera jest niebywale autentyczny. Murnau zbudował fantastyczną atmosferę przerażenia i tego nie można filmowi odebrać.

       

       

      Podobnie jak "Gabinet...", jest to film dla miłośników starego kina. Sam chwilami czułem się znużony w czasie seansu. W paru momentach nawet pogubiłem się w dość niejasno prowadzonej narracji. Trudno było mi dopasować emocje, ponieważ co innego wyrażała twarz aktora, a co innego sugerowała muzyka. W każdym razie jest to film bardzo ważny, który wspaniale wykreował niezapomnianego kinowego potwora (równie charakterystycznego co Freddy Krueger). Zatem czułem się nieco zobowiązany do obejrzenia, ale też nie żałuję poświęconego czasu.

       

      Brak cytatu na dziś, ale za to znów cały film.

       

       

      --Michał Kozownicki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Filmowo: Nosferatu, eine Symphonie des Grauens / Nosferatu - symfonia grozy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kozownicki
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 kwietnia 2011 16:47

Wyszukiwarka

Kategorie

Kanał informacyjny